Ruch WiP -- Next Generation

Jun 05

Podobno Ruch WiP należy do przeszłości, z powodu dziś mamy w to miejsce partie polityczne i plejadę wszelkiego typu innych, w tym polityczno-podobnych rzeczy, w które kto chce, angażować się może, mimo, że, jak zwykle, większości się nie chce – co akurat, tak na marginesie, całe szczęście.

Ale wracając. To jakieś nieporozumienie.

Partie polityczne służą do zupełnie innych rzeczy, niż ruchy społeczne, w szczególności Ruch WiP.

Ruch WiP nie był raczej namiastką, ani zamiennikiem tworu partyjnego-politycznego na miarę “możliwości” dostępnych za PRL-u. Nie był nawet polityczno-podobny. Już nie wspomnę, że większość uczestników była zbyt młoda, żeby mieć wyrobione skłonności polityczne, we współczesnym sensie.

Jest jednak zasadnicza różnica pomiędzy polityczną wymową, czy nawet politycznymi skutkami, a istotą Ruchu i motywacji osobistych jego uczestników i sympatyków. Ja na przykład miałem wówczas motywacje ideowo-religijne i wręcz anty-polityczne, bo bliżej mi było od zawsze do anarchistów.

Opór wobec komuny można interpretować politycznie. Wszystko można. Jak się człowiek uprze. Ale czy chodziło o politykę? Jakąkolwiek? Nie, w gruncie rzeczy chodziło o wartości i idee, o które WiP-owcy do dziś kłócą się zażarcie, niczym nastoletni gniewni.

Oryginalny Ruch WiP był i pozostanie pewnym unikatem, z całą tą niepowtarzalną aurą tamtych czasów, ze wszystkimi ówczesnymi kontekstami, tworzonymi także przez wiele innych, alternatywnych inicjatyw naszego pokolenia.

Mimo to, jestem zdania, że Ruch WiP swobodnie mógłby powstać i wręcz kwitnąco działać współcześnie. Tematów do podjęcia (czynnie, nie tylko przez nasze wspólne pyszczenie na konferencjach i zjazdach) jest nawet więcej, niż za czasów pierwszego WiP-u, a przy tym większości z nich nie podejmie żadna partia polityczna, nawet taka zupełnie niszowo-kanapowa.

Dlaczego twory polityczne nie nadają się do tego celu? Powody są bardzo proste.

Partie muszą stawiać na dzielenie, a nie łączenie ludzi. W swych programowych deklaracjach muszą stawiać na wyrazistość i zawężoną maksymalnie identyfikację ideową, która jest im potrzebna do formułowania oferty wyborczej, która mogłaby się przebić do ich potencjalnych wyborców.

Partie muszą zatem respektować realia “rynkowe” demokracji i koncentrować się bardziej na skutecznym marketingu politycznym, niż na ekspozycji wartości i idei. O wierności owym ideom i wartościom w praktyce politycznej nawet nie wspomnę.

Partie nie mogą działać bez struktur organizacyjnych i choćby minimalnej piramidy hierarchicznej tychże struktur.

Partie chcą dostać się do władzy, i tu mogą się zdarzyć dwie rzeczy: albo się do władzy dostaną, i tym samym przekroczą Rubikon my-oni w relacji społeczeństwo-władza, albo się do władzy nie dostaną, i będą w najlepszym razie chwilowymi meteorami na firmamencie demokracji, choć i to już z pewnym ukąszeniem wynikającym z aspiracji do bycia po stronie “oni”. Polityka jest ze swej natury zawsze po stronie “oni”, nawet jeśli jej aktorzy pozostają w tzw. opozycji, lub wręcz na marginesie.

Dalej, politycy i partie polityczne mają w swoim DNA wpisaną konieczność gotowości do zawierania (i faktycznego zawierania) kompromisów ideowych. Czasem kwaśnych, gorzkich, a bywa, że znacznie, znacznie gorzej.

Ruch społeczny bez mocnego morale nie przetrwa, i nie będzie w stanie działać skutecznie. Partie polityczne owszem, dadzą radę przetrwać jeszcze długo po wyparowaniu morale, gdyż istnienie opierają na zupełnie innych fundamentach. Zaraz, zaraz, to akurat mocna strona polityki, paradoksalnie. Z mojego punktu widzenia bezwartościowa jednak zupełnie.

Jak się dobrze zastanowić, to tylko ruch społeczny idący kompletnie w poprzek politycznych sympatii, grawitacji, powiązań, czy wręcz narastających latami zależności różnego typu, może sobie pozwolić na bezkompromisowość w sferze wartości i idei uznawanych za fundamentalne przez wszystkich uczestników.

Więcej, właśnie ta wariacka, bo życiowo niepraktyczna bezkompromisowość ideowa stanowi o sile Ruchu WiP, którą nadal daje się wyczuć w powietrzu, nad naszymi nadal gorącymi głowami.

Właśnie ta bezkompromisowość ideowa daje praktyczną skuteczność w konkretnej akcji, niezależnie od liczebności i zasobów ruchu społecznego. Odwaga, czy wręcz brawura nie jest możliwa, gdy człowiek idzie na ideowe kompromisy, lub też zwyczajnie musi się liczyć z opinią “targetu” ugrupowania, w którym uczestniczy. To nie jest jedynie kwestia pewnej łatwości w identyfikacji zagrożeń i jawności oczywistych wrogów w czasach PRL-u.

To wszystko jest kompletnie nie do podrobienia w świecie polityki. Nigdy nie było, i nigdy nie będzie.

Czy jest energia i pomysłowość w nas, by podejmować nowe (a często wciąż te same – na nowo) wyzwania, jednak w nowy sposób, w nowych kontekstach i uwarunkowaniach, nowymi, lub przynajmniej bardziej współczesnymi metodami, bez sięgania do archaicznych już zapewne i nieskutecznych współcześnie środków z dawnych czasów?

Z pewnością nie chodzi o to, byśmy bez końca udawali młodzieńców, którzy nie potrafią się pięknie zestarzeć, i, ze spokojem właściwym zebranej życiowej mądrości, zająć miejsca w drugim, lub nawet trzecim rzędzie, pozwalając się wykazać młodości współczesnej.

Z tego co widzę, łatwo z tym restartem WiP-u nie będzie, ale też wciąż nam sporo brakuje, by średnia wieku WiP-owców osiągnęła 80 lat, a do tego przynajmniej część z nas ma szansę zachować jeszcze długo świeżość myśli, bystrość i przenikliwość intuicji, i skutecznie opierać się osunięciu w pluszowe fotele Loży Szyderców z Muppetów.

Problem ten nie dotyczy oczywiście naszych koleżanek z WiP-u, które mają nad nami tę przewagę, że są nie tylko mądre, ale też zawsze młode i piękne. Do czego nikogo chyba nie muszę przekonywać.

P.S. Dziękuję Zuzannie Dąbrowskiej oraz Ani Wiśniewskiej, których wypowiedzi podczas konferencji z okazji XXX-lecia WiP w PKiN stały się dla mnie inspiracją do napisania powyższego tekstu.

Subscribe via RSS