Until The End Of The World

Mar 31

To będzie moja krótka opowieść o odzyskanej wolności, o zegarach życia, i o miłości.

Dla Wojtka, Izy i Konrada.

Zawsze mnie bardzo dziwiło, że ludzie, przynajmniej póki cieszą się dobrym zdrowiem, zachowują się, jakby mieli żyć wiecznie. Pozwalają, by czas przelatywał im przez palce jak piasek na plaży, nad morzem, w upalne lato. Bawiliście się kiedyś tak piaskiem na plaży? To taka beztroska medytacja.

Może nie powinno mnie to dziwić. Może faktycznie żyjemy wiecznie. Odradzając się jak leśne kwiaty wiosną, zmartwychwstając jak drzewa, co roku. Albo może co tysiąc lat.

Być może o to właśnie chodzi, by pozwolić, żeby życie płynęło, jak piasek, poprzez śmierć, do życia.

Zwlekałem z żegnaniem się z Wojtkiem, a właściwie nigdy nie miałem zamiaru się żegnać. Zupełnie jakbym wierzył, że jak się nie pożegnam, to On nie odejdzie, bo przecież nie odchodzi się bez pożegnania. Że zawalczy, i jednak da radę! Czy może wymagałem od Niego, albo od Wszechświata, za wiele?

Nic tak nie otrzeźwia, jak nagła śmierć kogoś nam bliskiego, zwłaszcza z naszego pokolenia.

Nagle się okazuje, że nie da się już niczego dopisać, ani zmienić w tej jednej księdze życia. Nagle zdajemy sobie sprawę, że to przecież mogłaby być nasza księga. I że zupełnie nie jesteśmy na to gotowi.

Nigdy nie jesteśmy gotowi na nic ważnego, co zdarza się w życiu, tak naprawdę. Jesteśmy totalnymi amatorami, rzuconymi na głęboką wodę.

Nie jesteśmy gotowi na niemal idealną społeczną i duchową pustkę po wyrzuceniu nas z religijnej sekty, w której wcześniej zostaliśmy wychowani od dziecka. Ale któregoś dnia dobre anioły przyślą do nas Wojtka z Izą, do naszego mieszkanka w Sopocie, i okaże się, że ta pustka szczęśliwie nie jest tak idealna, jak nam się zdawało.

Nie jesteśmy gotowi na wyczerpującą wszystkie nasze siły chorobę najbliższej nam w świecie osoby. I wtedy okazuje się, że mamy jednak gdzieś ukryte akumulatory, które pozwolą nam przetrwać, aż wróci zasilanie, i jednak razem zmartwychwstaniemy. A może to nie były nasze akumulatory?

Jak trafnie zauważył Matt Gemmell w jednym z najnowszych swoich ‘tekstów z głębi duszy ateisty’, jak ja je sobie nazywam, tykanie zegara i te jego wskazówki, które bez końca krążą między południem i północą, wprowadzają nas w błąd. To tykanie to nie jest niekończący się taniec w kółko. To jest odliczanie do zera.

Nie jesteśmy gotowi.

Pamiętam jak wiosną 1988 roku, gdy minęły zaledwie dwa lub trzy miesiące z osiemnastu w sumie spędzonych w więzieniu za odmowę służby wojskowej, miałem z innymi przypadkowymi współwięźniami coś naprawiać na dachu aresztu śledczego w Wejherowie.

Ten dach był dużo wyżej niż więzienna brama z jej kolczastą, cierniową koroną.

Widziałem wolnych ludzi, snujących się całkiem zwyczajnie po chodnikach PRL-u, i dzieliło nas tylko kilkadziesiąt metrów czystego, soczyście wiosennego powietrza.

Wtedy po raz pierwszy dotarło do mnie, z mocą, która do dziś wciska człowieka w fotel, że to nie samo uwięzienie było trudne. Wszystkie koszmary śnione przez kolejnych wiele lat miały wspólny motyw: możesz niemal dotknąć wolności, tak blisko, że wydaje się całkiem realna, podczas gdy ona oddalona jest o lata świetlne, jest snem, z którego budzisz się z powrotem, tam.

To przez Wojtka niezapowiedziane pójście do Nieba (oj, nagadam Ci Wojtku za to, jak się spotkamy) reaktywowałem nigdy wcześniej nie używane konto na FB, i dzięki temu, choć z daleka, mogłem zobaczyć zdjęcia mojego brata Piotra z narzeczoną, Konrada z jego dziewczyną, Kuby z dziewczyną, Igi z mężem, i, kurczę, macie Krzysiu i Ewo z małą Tosią rację – życie płynie i nic go nie zatrzyma!

Subscribe via RSS