Gra na Czas

Feb 15

Odkąd pamiętam, zawsze unikałem robienia czegokolwiek z wyprzedzeniem, czy też przed terminem.

Jestem niemal pewien, że dałoby się to zdiagnozować jako niezdrową anomalię, jednak po przekroczeniu 50-tki chyba już nie ma nadziei na zmianę tego typu nawyków i jakoś trzeba się z tym oswoić. Mam na myśli, inni potrzebują się oswoić, bo dla mnie to już naturalne.

Gdy mieliśmy dwie godziny lekcyjne na napisanie wypracowania zadanego na polskim w PSB (pamiętam Panią Profesor Balicką, jasne, że pamiętam), całe czterdzieści pięć minut pierwszej, a także trzydzieści minut drugiej, spędzałem gapiąc się w pustą kartkę papieru, i w dal za oknem szkolnej klasy. Ostatnie 15 minut spędzałem na pisaniu w wariackim tempie, do ostatniej minuty przed dzwonkiem. Dodam, że zawsze z dobrym rezultatem. Nigdy mnie ta przedziwna metoda nie zawiodła. Co jednak kluczowe, nigdy nie stosowałem jej świadomie. Tak po prostu się działo.

Nawet dziś, gdy mam zakreślony termin na napisanie jakiegoś programu komputerowego, na przykład za trzy miesiące, coś we mnie w środku wie ile czasu naprawdę potrzeba na realizację takiego zadania i za nic w świecie nie da radę zabrać się do dzieła, póki nie nadejdzie tzw. ostatnia chwila, by się zabrać, i zrobić to na czas. I znowu, wcale nie planuję tego ryzykownego procederu, wręcz anty-planuję. Tak się jakoś samo układa.

Wojtek żegnał się z życiem, w swoim przekonaniu, już dawno temu. I chyba więcej niż raz. Jego choroba nie pozostawiała zbyt wiele miejsca na nadzieję, raczej na łut szczęścia, co najwyżej. Zapewne nie sposób sobie takiego życia wyobrazić, jeśli samemu się go nie doświadcza. W każdym razie Wojtek twierdził, że to mu okrutnie wyostrzyło intuicję i zdolność do natychmiastowego wykrywania wszelkiego fałszu w słowach i czynach innych ludzi.

Teraz to dopiero ma Wojtek w tym zakresie możliwości – nic się przed Nim nie ukryje do mysiej dziury wstydu czy słabości. Aż strach pisać cokolwiek, z myślą, że On może z tego Nieba zerknąć i w razie czego zdzielić człeka w łeb za zmyślanie, czy nawet nieumyślne koloryzowanie, czy inne sprzeczki z pamięcią i faktami.

Zwlekałem z żegnaniem się z Wojtkiem, a właściwie nigdy nie miałem zamiaru się żegnać. Zupełnie jakbym wierzył, że jak się nie pożegnam, to On nie odejdzie. Że zawalczy, i jednak da radę! Być może wymagałem od Niego, albo od Wszechświata, za wiele. Albo też zabrakło mi pokory wobec nikłości szans na dobry obrót sprawy. Jakież to ma teraz znaczenie, zresztą.

Tak sobie myślę teraz, że pewnie Wojtek pstryknął Gucia w ucho tej ostatniej nocy przed swoim pogrzebem, by akurat Gucio, jako jedyny z dawnej paczki, napisał mi jednak maila z wiadomością o pogrzebie, akurat gdy z jakiegoś powodu nadal siedziałem przed komputerem z włączonym programem pocztowym. Zbyt daleko i zbyt mało czasu, by dotrzeć na miejsce, chyba, że prywatnym odrzutowcem, którego akurat oddałem do naprawy, prawda. W ten sposób Wojtek dał mi szansę, czy też raczej pół szansy - tak, bym się dowiedział przed czasem, ale by moja zwyczajowa sztuczka nie zadziałała.

Dzięki za tę lekcję, Wojtku drogi!

Subscribe via RSS